Gala UFC 326 była jednym z najmocniej promowanych wydarzeń organizacji w ostatnich tygodniach. Największe emocje wzbudzała walka o pas BMF – symboliczny tytuł dla najbardziej bezkompromisowego zawodnika w UFC. W starciu wieczoru zmierzyły się dwie wielkie postacie światowego MMA: Max Holloway oraz Charles Oliveira.
Choć karta walk zawierała kilka interesujących pojedynków, cała gala pozostawiła po sobie dość mieszane odczucia.
Early prelims – dziwne zestawienia i nierówne walki
Pierwsza część gali nie była szczególnie porywająca. W oczy rzuciło się starcie debiutanta Rafaela Tobiasa z Kazachem Diyarem Nurgozhay. Na papierze pojedynek był jedną wielką tajemnicą, jednak w oktagonie szybko okazało się, że Kazach dysponuje znacznie większą dynamiką.
Nurgozhay był wyraźnie szybszy, atakował z nietypowych kątów i prezentował bardzo niekonwencjonalny styl walki. Mimo że momentami brakowało mu technicznej precyzji, widać było spory naturalny talent i instynkt do szermierki na pięści. Jeśli poprawi przygotowanie fizyczne i techniczne, może w przyszłości sporo namieszać w kategorii półciężkiej.
Zdecydowanie gorzej wyglądało starcie Jesusa Aguilara z chińskim zawodnikiem Sumudaerji. Aguilar mierzy zaledwie około 162 cm wzrostu. Ogromna różnica warunków fizycznych sprawiła, że walka była chaotyczna i trudna do oglądania. Zwycięstwo Chińczyka, które szybko zostanie zapomniane.
Prelimsy – rozczarowanie i cień dawnego mistrza
W karcie prelims uwagę zwrócił pojedynek Donte Johnsona z Codym Brundage’em. Johnson wchodził do klatki jak wielki prospekt i zawodnik, który może w przyszłości zawalczyć o najwyższe cele. Sama walka nie potwierdziła jednak tej przewózki przed wejściem do klatki. Mimo zwycięstwa sprawiał wrażenie zawodnika o bardzo niskim fight IQ, co w starciu z mocniejszymi rywalami może okazać się dużym problemem. Nie widzę dla tej dwójki przyszłości w UFC.
Największym nazwiskiem tej części gali był bez wątpienia były mistrz kategorii koguciej Cody Garbrandt, który zmierzył się z Chińczykiem Xiao Longiem. Pojedynek okazał się sporym rozczarowaniem. W trzeciej rundzie Xiao long trzykrotnie kopnął Garbrandta w krocze, za co sędziowie odjęli mu dwa punkty.
W efekcie Garbrandt wygrał decyzją, ale walka była daleka od widowiska. Statystyki pokazują skalę problemu – przez trzy rundy były mistrz trafił zaledwie 28 znaczących ciosów. Największe zagrożenie sprawił okrzykami bojowymi w trzeciej odsłonie… Coraz wyraźniej widać, że Amerykanin nie jest już zawodnikiem z czasów swojej największej formy – wolny i bez iskry w oku.
Karta główna – wreszcie emocje
Znacznie więcej emocji przyniosła karta główna UFC 326. W wadze średniej Gregory Rodrigues zmierzył się z Bruno Ferreirą i zaprezentował fenomenalną formę. Brazylijczyk zakończył walkę perfekcyjnie wymierzonym i dokręconym ciosem, który natychmiast posłał rywala na deski.
Efektowny nokaut zobaczyliśmy również w pojedynku wagi lekkiej pomiędzy Drew Doberem a Michaelem Johnsonem. Johnson nadal potrafi zaskoczyć szybkością, a Dober wciąż ma czym przyłożyć. Jedno potężne trafienie wystarczyło i Michael leżał na deskach. Bonus za występ wieczoru zasłużony.
Co-main event: Borralho kontroluje walkę i bezpiecznie wygrywa
Drugą najważniejszą walką gali był pojedynek Caio Borralho z Reinierem De Ridderem. Starcie wyczekiwane, mające znaczenie dla przyszłego układu sił w kategorii średniej.
De Ridder niestety „nie dojechał” na walkę. Jego charakterystyczny, dynamiczny styl praktycznie nie był widoczny. Był mało aktywny i nie wykorzystywał swoich najmocniejszych atutów, szczególnie groźnego parteru.
Borralho natomiast walczył bardzo skutecznie, kąsał i konsekwentnie realizował plan taktyczny. Kontrolował tempo pojedynku i krok po kroku budował przewagę, ostatecznie wygrywając walkę bez większych problemów.
Main event. Charles Oliveira to absolutny fenomen!
W walce wieczoru Charles Oliveira zmierzył się z Maxem Holloway’em. Wielu kibiców w debatach na forach i typowaniach na X zapominało, że pojedynek odbywał się w kategorii lekkiej – dywizji, w której Oliveira od lat rywalizuje z najlepszymi zawodnikami świata. Holloway natomiast musiał do tej wagi przybrać.
W oktagonie Brazylijczyk całkowicie zdominował rywala. Oliveira świetnie radził sobie zarówno w krótkich wymianach w stójce, jak i w parterze. Regularnie spychał Hollowaya pod siatkę, przenosił walkę na matę i przechodził kolejne pozycje.
Choć nie udało się doprowadzić do poddania, Oliveira kilkukrotnie był bardzo bliski skończenia przeciwnika. Holloway imponował defensywą w parterze, ale sił i umiejętności starczyło jedynie na pasywną obronę, bez możliwości skontrowania i zagrożenia.
Oficjalna punktacja 50:45 nie oddaje pełnego obrazu walki. W co najmniej dwóch rundach Oliveira dominował tak wyraźnie, że spokojnie można było mówić o rundach 10:8.
Warte uwagi:
Co dalej z kategorią lekką?
Po zwycięstwie pojawia się pytanie o przyszłość Oliveiry w dywizji. W grze są dwa najbardziej prawdopodobne scenariusze – rewanż z Armanem lub starcie ze zwycięzcą pojedynku Justin Gaethje kontra Ilia Topuria.
Dla Hollowaya przewiduję kogoś z dwójki Benoît Saint Denis lub Paddy Pimblett. Hawajczyk byłby w tych starciach faworytem, ale po sromotnej porażce z Brazylijczykiem musi udowodnić, że TOP 5 kategorii lekkiej to jego miejsce.
Czy pas BMF ma jeszcze sens?
Na koniec pozostaje pytanie o sens istnienia pasa BMF. W teorii jest to tytuł dla najbardziej bezkompromisowego zawodnika UFC, jednak wielu kibiców uważa, że w praktyce jest to przede wszystkim marketingowy dodatek i przeżytek.
Trudno bowiem mówić o „największym twardzielu w grze”, gdy pas trafia do zawodników kategorii lekkiej. Wielu fanów wskazuje, że taki tytuł bardziej pasowałby do gości z wyższych kategorii – takich jak Robert Whittaker, Israel Adesanya, Alex Pereira czy Jon Jones.
Na razie pas BMF pozostaje elementem widowiska. Czy ma realną sportową wartość? Absolutnie nie i bardzo możliwe, że po takiej walce jego historia się skończyła.













